1 rok GAZELI!

1 rok GAZELI!

Jest słoneczny dzień jesienią 2017 roku. Oznajmiam moim przyjaciołom, że nie wracam  na etat do biura projektowego – z wykształcenia jestem inżynierem 🙂  Zakładam własną firmę i będę szyła… piżamy. Tak piżamy! To był mój pierwszy pomysł. Zaczęłam działać. 

Wspomnienia z dzieciństwa często kreują nasze dorosłe pragnienia, marzenia, potrzeby. A ja dużą część mojego dzieciństwa spędziłam z babcią – krawcową, która uczyła mnie szyć. Ona potrafiła uszyć wszystko, była artystką. Szyła też dla swoich wnuków piżamy. Klasyczne, z kołnierzykiem. Takie powiedziałabym eleganckie, jak na lata 90. To wspomnienie utkwiło mi w pamięci i chciałam je odtworzyć ponad 20 lat później. Chciałam tworzyć piżamy jakie pamiętałam z okresu, kiedy byłam dzieckiem: z tkaniny, a nie dzianiny (jeśli nie wiesz jaka jest różnica między tkaniną, a dzianiną polecam mojego ebooka:) Do pobrania za darmo na stronie www.gazelashop.eu/odbierz-darmowego-ebooka/ )

Po kilku tygodniach koleżanka podesłała mi konkurencyjną markę Asi Glogazy (z którą na późniejszym etapie działalności miałam sporo do czynienia :)). Załamałam się, co pokazuje jak bardzo nie znałam rynku –  żyjąc w przekonaniu, że moja marka będzie pionierska na rynku polskim… Na szczęście, wiedziałam, że chcę to zrobić, więc miejsce piżam dla kobiet zajęły analogiczne dla dzieci (nie chciałam powielać pomysłu piżam dla kobiet, choć dziś wiem, że mogłam spokojnie z nim działać i mieć swoje wyróżniki w marce:), w końcu go wymyśliłam, nie miałam powodu do myślenia, że coś kopiuję:)). Zaczęłam pracować nad pomysłem i do dziś uważam, że miałam całkiem fajną wizję, ale doszłam do punktu, w którym stwierdziłam, że choć bardzo mi się to podoba, to nie kręci mnie na tyle, abym z zapałem i głową pełną pomysłów rozwijała tą firmę. Wiedziałam, że chcę ten pomysł rozwijać dalej i stanęło na ubraniach dla kobiet. Z nimi od razu było tak jak z zakochaniem – pojawiły się motyle w brzuchu.  Miałam głowę pełną pomysłów. Wiedziałam, że chcę tworzyć biznes z misją. Że będę szyć z naturalnych materiałów, nie oszczędzać na jakości i wpisywać się w nurt slow fashion, edukować klientów (pokazywać, że można kupić mniej i mieć bardziej spójną garderobę)

Kiedy zaczynasz iśc po “swoje”

Mówi się, że dzieci zmieniają życie. I ja się pod tym podpisuję. Dzieje się tak dlatego, że w bardzo krótkim okresie następuje duża życiowa zmiana, która wręcz wymusza na nas zmianę i rozwój. Trochę jak SARS-19. Sytuacje, które wywracają życie do góry nogami dają przestrzeń do zastanowienia się: “Jak chcę, żeby wyglądało moje życie?” “Co chcę osiągnąć”, “Jakie role chcę pełnić w swoim życiu?”. To są trudne momenty, bo wymagają pracy od naszego mózgu, który z natury lubię komfort “bycia” po prostu, a nie główkowania. Początki pójścia po swoje nie są łatwe. Wymagają ogromnego wychodzenia ze strefy komfortu, czasem chodzenia po omacku. Tak było też u mnie podczas szukania odpowiedzi na fundamentalne pytanie “Co dalej?”. Kursy, szkolenia, książki. Nie wszystkie obecnie użyteczne, ale wszystkie rozwijające i coraz bardziej klarujące moje “Dlaczego?” i “Co?”.

Miesiącami będąc z małymi dziećmi szukałam odpowiedzi na to czego pragnę, czym chcę się w życiu zająć. Co ja chcę robić?

Piszę o tym, nie bez powodu. Nie jedna z nas zmierza się z takimi dylematami. Strach i obawami przed tym, żeby sięgać po swoje marzenia, żeby sięgać po to czego się pragnie jest na porządku dziennym 🙂 Czasem jesteśmy w takiej sytuacji życiowej, że nie widzimy nic poza swoim małym światem, poza swoją perspektywą. Ale ona jest. Trzeba tylko trochę, a czasem bardzo się wysilić, wyjść ze swojej strefy komfortu. Tak było z GAZELĄ. Była moim marzeniem, ale była też ogromnym wyjściem ze strefy komfortu i skokiem na głęboką i nieznaną wodę:) 

Nie zawsze jest łatwo, ale gdybym miała podjąć tą decyzję o utworzeniu firmy a raczej o pójściu ze swoimi marzeniami jeszcze raz to zrobiłabym to samo dlatego, że oprócz bycia teraz kobietą spełnią, jestem też lepsza w moich dotychczasowych rolach, bycia mamą czy żoną. Chciałabym żeby ten wpis miał właśnie taki wydźwięk nie tylko nie tylko o powstawaniu marki Slow Fashion ale także motywacyjny o tym że my kobiety jesteśmy ważne i chciałabym żebyśmy stały się ważne także dla samych siebie. Żebyśmy nie stawiały siebie na samym końcu, żebyśmy nie bagatelizował naszych pragnień i marzeń, tylko żebyśmy za nimi podrożały na miarę naszych możliwości na miarę czasu  i etapu życia, na którym właśnie jesteśmy.

Jest pomysł działamy! Jak z DIY rodzi się marka?

Pomysł był, ale czasu i zdolności na jego realizację będąc pełnoetatową mamą mającą także inne pozadomowe zobowiązania/aktywności trochę brak. Wyzwanie trochę mnie przerastało, więc stwierdziłam, że postawię krok wcześniej. Początek był taki, że zapisałam się na kurs kroju i szycia z nadzieją, że pierwsze projekty będę mogła realizować sama. Umiejętności miałam, podstawowy sprzęt także. Szybko się jednak okazało, że wprawną krawcową nie jestem i szycie pojedynczych sztuk zajmuje mi tak dużo czasu, że przestaje to być opłacalne. Wiedziałam też, że nie jestem w stanie stworzyć bardziej ambitnych projektów. Tutaj przeszłam do kolejnego oświecenia – muszę znaleźć szwalnię!

Znalezienie szwalni okazało się wyjątkowo proste, chociaż wiem, że do prostych nie należy. Dobra szwalnia i dobra konstruktorka to skarb. Udało mi się być tą szczęściarą, która trafia za pierwszym razem. Szwalnia, z której korzystamy do dziś jest zlokalizowana na śląsku, zatrudnia dosłownia kilka osób. A to co cieszy mnie najbardziej, to fakt, że warunki pań szwaczek są naprawdę godne, wszystkie zatrudnione są na umowę o pracę. Dodatkowo konstruktorka z którą pracuję szyła kiedyś suknie ślubne, wymagające naprawdę dużo wiedzy, wyobraźni i staranności – co przekłada się na jej pracę dzisiaj 🙂 

Tkaniny i dzianiny

Ponieważ zaczynałam i nie znałam rynku – miałam naprawdę sporo pracy. Bawełna od producenta A, może być zupełnie inna niż od producenta B pomimo bardzo podobnych parametrów: splotu, gramatury, rodzaju wykończenia. Wybranie idealnego materiału trwało tygodniami. Najpierw zamawianie dziesiątek próbek do domu, wycieczki do producentów, targi tekstylne. Wybór interesujących materiałów i zamawianie tzw. kuponów do odszycia prototypów. Trzeba zobaczyć, czy ten materiał będzie idealny, sprawdzić jak się układa jak zachowuje się po praniu. Zdarzało się, że len, który wyglądał imponująco w kawałku materiału, kiepsko układał się na spodniach i cały proces trzeba było zaczynać od nowa… 🙂 

Jak mało wiedziałam

Prawda jest taka, że o wielu rzeczach nie miałam pojęcia… I nie mogłam mieć. Są takie rzezczy, czy doświadczenia, że jak nie spróbujesz to po prostu nie wiesz jak to jest 🙂 Zaskoczyło mnie tak wiele rzeczy, że cieszę się, że nie muszę jeszcze raz tego zaskoczenia doświadczać. NIe wiedziałam, że będę potrzebowała takiej ilości na pracę, że prace graficzne i marketing, o którym wiedziałam tyle co nic będą miały takie znaczenie i będą dużą częścią mojej pracy 🙂 Nie wiedziałam jak obsługiwać sklep internetowy, zbudować stronę sprzedażową, a nawet wysłać paczkę inPostem. Mogłabym tak wymieniać. Wniosek z tego jest taki, że mamy ogromną zdolność do uczenia się nowych rzeczy – wystarczy tylko chcieć!

Błędy i wpadki

Pierwsze błędy i wpadki sprawiały, że żołądek kurczył się i wywracał. Później przywykłam do tego, że to normalne i potknięcia będą zdarzać się zawsze. Kiedyś usłyszałam, że prowadzenie działalności z produktami fizycznymi, czyli takimi jak moje to rollercoaster w porównaniu do sprzedaży produktów elektronicznych. Po roku już rozumiem 🙂 Dla Ciebie jako odbiorcy nie ma różnicy, ponieważ naszą rolą jest “ogarnięcie” tego co nie wyszło i danie Tobie najlepszego produktu. Jednak czasem gorąca atmosfera spędza sen z powiek

Wydaje mi się, że najwięcej “przygód” mieliśmy z materiałami. 
Pierwszy problem to wykurcz. Generalnie prawie każdy materiał tkanina czy dzianina delikatnie się kurczą. Wykurcz w granicach 2% jest czymś normalnym i akceptowalnym. Przy tak małym wykurczu, możemy nieco zwiększyć formę ubrania, tak aby po praniu i wykurczeniu miało idealnie wymiary. Sytuacja komplikuje się, kiedy wykurcz sięga kilkunastu procent. Tak było z naszym lnem z wiskozą. Gotowa sukienka po praniu zmniejszyła się o 1,5 rozmiaru! Konieczna była w tym wypadku wcześniejsza dekatyzacja czyli pranie kawałków lnu. Przy małej produkcji, którą miałam na początku, robiłam to sama w domu, a nasz salon przez kilka dni pełnił rolę wielkiej pralni. Kolejny raz kiedy zaliczyłam potknęcie materiałowe, a w zasadzie trochę zostałam oszukana, bo po uszyciu prototypu, okazało się, że materiał nie nadaje się do szycia, jest tak słabej jakości. Produkcja zatrzymana, towar leży..

Opóźnienia. Najbardziej nieprzewidziane, a w okresie pandemii trudne do kontrolowania. Zdarza się, że dopilnuję wszystkiego, ale szwalnia przeceni swoje możliwości na obsłużenie klientów lub… dzieją się sytuację wyjątkowe – połowa pracowników szwalni na kwarantannie, brak rąk do pracy – dramat!

Nie tylko dyrektor kreatywna

Najprzyjemniejszą i najbardziej kreatywną częścią mojej pracy jest projektowanie nowych kolekcji, dobór krojów, materiałów, wykończeń, dodatków. Jakże złudne były moje oczekiwania, kiedy myślałam, że właśnie tak będzie wyglądać moja praca. Mogłaby tak wyglądać gdybym była na stanowisku dyrektor kreatywnej 🙂 Ale ja założyłam własną markę. Projektowanie i praca nad kolekcją to 10-15% mojego czasu pracy. Co poza tym?

  • sprawy biurowe, zusy, “usy”, papierki, rozliczenia, liczenie, liczenie, liczenie!!!
  • praca graficzna – (ogromna część pracy!). Obróbka zdjęć, przygotowanie odpowiednich grafik na SM, grafiki i zdjęcie na stronę, zdjęcia do newslettera, przygotowanie IS. Brzmi niewinnie, ale to jest ogromny pochłaniacz czasu.
  • praca kreatywna – strategia i plany 😉 Zawsze mam w tej dziedzinie niedoczas.
  • działania marketingowo sprzedażowe – przygotowanie tekstów do postów, reklam, newsletterów, przygotowanie reklam.
  • sesje zdjęciowe – szukanie pomysłu, szukanie miejsc na zdjęcia, przygotowanie stylizacji, makijaż, włosy, modeling 🙂 
  • wysyłka paczek 🙂
  • współpraca z influencerami 
  • ROZWÓJ!!! To jest niezbędne do prowadzenia działalności. Poznawanie swojej branży. Uczenie się prowadzenia biznesu. Czytanie, czytanie, czytanie.

Rollercoaster we własnej osobie – czy da się zwariować w jeden rok?

Zaliczam ten rok do jednego z najbardziej szalonych i najbardziej rozwojowych w moim życiu 🙂 Założenie działalności w porównaniu z późniejszymi wyzwaniami okazało się bułką z masłem. Powiedziałabym, że przygotowania do założenia marki były spokojne, wszystko szło gładko, szczęście mi dopisywało, a ja wierzyłam, że zawsze tak będzie. 

Prawda jest taka, że moje wyobrażenia były trochę złudne 😉 Ilość czasu, która jest rzeczywiście potrzebna do realizowania założonych przeze mnie planów jest ok. 2 razy większa. I to sprawiło, że niejednokrodnie na finishu okazywało się, że pracy jeszcze hoho. Poza tym nie da się pominąć faktu, że dalej mam rodzinę i dzieci, które są na mocno angażującym etapie. Założyłam działalność z jakże złudną myślą, że będę miała więcej czasu dla dzieci…

Na początkowym etapie jest wręcz odwrotnie. Ilość spraw i niewiedzy do ogarnięcia przewyższa ilość czasu, którą mamy. Plusem jest oczywiście duża elastyczność… Ale jeśli ktoś jest przystosowany do systemu etatowego (tak jak ja), czyli pracowania ciągiem 8h, to nagle elastyczność staje się wyzwaniem. Ogarnięcie pracowania odcinkami, trochę od 6.00, chwilę o 15.00, kawałek od 21.00 wymagało ode mnie wypracowania systemu, w którym jestem w stanie pracować efektywnie – bez niekontrolowanego zanurzania się w tablicę FB i przeglądanie co u znajomych!

At the END

Mam dwie myśli kończące ten rok. Jedna jest taka, że cieszę się, że to już za mną 🙂 Wiesz pierwszy rok prowadzenia firmy, ilość wyzwań, ilość pracy, a w dodatku pandemia i konieczność wypracowania sobie na te potrzeby nowego systemu pracy, z dziećmi w domu przez 24h… Aż mam zawrót głowy kiedy o tym myślę! Druga myśl jest taka, że jestem wdzięczna za to, że naprawdę sporo udało mi się osiągnąć. Mocno się rozwineliśmy, ogarnęłam wiele systemów, które były dla mnie czarną magią, zdobyłam swoich pierwszych klientów, zdobyłam swoich pierwszych STAŁYCH klientów, nauczyłam się pracować efektywnie w krótkich odcinkach czasu. Pandemia wymusiła na mnie/nas spory rozwój, który mam nadzieje niedługo wykiełkuje.

Jakie mam wnioski po mijającym pierwszym roku prowadzenia DG?

Warto jest mieć marzenia i sięgać po nie. Nie odkładać ich wciąż na kiedyś. Nie ma idealnego czasu na realizowanie swoich celów. Trzeba po prostu zacząć 🙂 

Mieć pasję do czegoś, to coś innego niż biznes z pasją 🙂 Jeśli kochasz piec ciasteczka, to pamiętaj, że kiedy zamarzysz o cukierniczym biznesie, ukochanego pieczenia będzie w nim mało:) Bardzo ważne jest pamiętać o tym, żeby nie spalać naszej energii, na coś co okazuje się nie być dla nas satysfakcjonującą pracą:) 

Własna DG to ciągły rozwój:) Przy tak zmieniającej się rzeczywistości – totalnie konieczny do tego, żeby iść do przodu ze swoimi działaniami.

Jeśli dobrnęłaś do końca to gratuluję! Od początku działalności chodzi za mną chęć dzielenia się doświadczeniem prowadzenia DG. Będę bardzo wdzięczna jeśli zostawisz mi jakąś zwrotkę w tym temacie. Czy to jest dla Ciebie interesujący obszar? 🙂

Ten post ma jeden komentarz

  1. Magdalena

    Dziękuję Ci za ten artykuł! Dobrnęłam do końca, a jakże :). Chętnie będę czytać o kwestiach związanych z prowadzeniem własnego biznesu, własnej marki. Sama gdzieś nieśmiało w głowie mam taki pomysł… Wydaje się to jednak odległe. Takie artykuły są inspirujące, tym bardziej, że dzielisz się swoimi trudnościami i tym, że nie byłaś od początku ekspertką, a zatem każdy może próbować! 🙂 Ciekawi mnie też temat podejścia do klienta w budowaniu marki. Miałam niedawno rozmowę na ten temat. Na ile chęć budowania dobrych relacji z klientami, chęci realnego dobra dla nich, a nie jedynie sprzedania jak najwięcej, jest do pogodzenia z taką zwyczajną chęcią zarobienia. Celem pracy jest zarobek, ale też przyjemność i szerzenie dobra myślę. Spotkałam się z niezrozumieniem w tej kwestii, tzn. chyba czasem uznaje się to za jakąś naiwność. Bo chodzi o to, żeby sprzedać, jasne, ale z drugiej strony myślę, że trzeba tu jakiejś dużej mądrości. Nie na siłę i z troską o potrzeby klienta, taką realną, a nie tylko pod publikę. Taki temat do refleksji, ciekawi mnie on, może masz swoje przemyślenia, chętnie bym przeczytała o tym :).
    Pozdrawiam Cię serdecznie!
    Magda

Dodaj komentarz